Blog > Komentarze do wpisu
Inspirowane przez Woody Allena

Gdzieś w Transylwanii potwór Drakula spoczywa w trumnie wyściełanej atłasem, czekając na nadejście nocy. Trumna jest szczelnie zamknięta, nawet najmniejszy promyk światła nie przedostanie się do wnętrza, ponieważ słońce niechybnie doprowadziłoby potwora do zguby. Ale gdy nastaje ciemność, jakiś pradawny, ciemny instynkt mówi potworowi, że już czas opuścić kryjówkę i wyruszyć na łowy. Wówczas to pod postacią nietoperza Drakula przemierza okolicę i biada tym, których dopadnie. Nikt nie może czuć się bezpiecznie. Nim pierwszy brzask jego arcynieprzyjaciela słońca zapowie nowy dzień, nasyciwszy swe krwiożercze żądze, monstrum wraca do swej kryjówki, do trumny, na której złotymi literami wypisano imię starożytnego rodu Drakuli i cały cykl się powtarza. I tak mogłoby być nawet i 1000 lat, ale…Teraz potwór właśnie się poruszył. To niewielkie drgnięcie to reakcja na sygnał pierwotnego instynktu, który właśnie powiedział mu, że zapadła ciemność i że jego czas się zbliża. Dziś, może skutkiem zbliżającej się zimy, był wyjątkowo głodny. Leżąc już rozbudzony zastanawia się, kim będą jego dzisiejsze ofiary. Tak! Piekarz i jego żona – myśli. Soczyści, dobrze odżywieni, niczego nie podejrzewający, naiwni jak małe dzieci. O tak! Pracował nad nimi od wielu dni zdobywając zaufanie pary. Pragnienie pobudza żądzę krwi tak, że monstrum nie wytrzymuje napięcia i odsuwa wieko trumny, pędzi szukać żeru. W pędzie zamienia się w nietoperza i leci do domku swych kuszących ofiar. Przyjmuje ludzką postać i energicznie puka do drzwi.
- Ależ to hrabia Drakula! Cóż za niespodzianka – woła żona piekarza, otwierając mu drzwi.

Hrabia wchodzi do ich domu, pod maską uśmiechniętej obłudnie twarzy skrywając swoje zamiary.

- Witam hrabio! Cóż pana sprowadza o tak wczesnej porze? – pyta piekarz.

- Jak to? Byliśmy przecież umówieni na kolację – przypomina hrabia. – Mam nadzieję, że się nie pomyliłem. Zaprosiliście mnie na dzisiejszy wieczór, nieprawdaż?
- Owszem panie hrabio, na dzisiejszy wieczór. Ale to przecież za siedem godzin. No chyba, że przyszedł pan z nami obejrzeć zaćmienie słońca.

- Słucham? – nie rozumie Drakula i zdziwiony rozgląda się wokoło. Zaćmienie?
- Tak. Dzisiejsze, pełne zaćmienie słońca.
- Co?
- Ach to tylko kilka chwil przyjemności, od południa przez niecałe dwie minuty. Proszę wyjrzeć przez okno.
- Oj, oj… Chyba mam kłopoty… Zechcą mi państwo wybaczyć…
- Ależ panie hrabio! Co się stało?
- Muszę lecieć… nie, no oczywiście iść… cholera! – hrabia gorączkowo  w ciemnościach szukał drzwi. – Są! Sacreble! Gdzie jest ta klamka?
- Zbladł pan, panie hrabio.
- Doprawdy? E nie… to nic takiego. Przyda mi się trochę świeżego powietrza. Bardzo miło było was widzieć.
- Ależ panie hrabio, proszę, niech pan usiądzie. Napijemy się czegoś i zaraz poczuje się pan lepiej.
- Napijemy? Nie, muszę uciekać. Ehm… Stanął pan na mojej pelerynie.
- A rzeczywiście. Bardzo przepraszam, to przez te ciemności. Proszę się uspokoić. Może wina?
- Wina? Nie, nie. Przestałem pić. I nie to zdrowie, i lata nie te. Sam pan rozumie. A teraz przepraszam, na mnie już naprawdę pora. Właśnie sobie przypomniałem, że zostawiłem włączone światło w całym zamku. Rachunek będzie potworny!
- Panie hrabio, bardzo proszę – nalega piekarz. – Jest pan bardzo uprzejmy, ale naprawdę nam pan nie przeszkadza. Przyszedł pan wcześniej i bardzo dobrze!
- Naprawdę, chętnie bym został, ale na drugim końcu miasta odbywa się spotkanie starych, rumuńskich rodów, za które jestem odpowiedzialny.
- Ach wiecznie ten pośpiech – wtrąciła żona piekarza. – To istny cud, że nie dostał pan jeszcze ataku serca, panie hrabio.
- Tak, to prawda. Rzeczywiście. Ach ten pośpiech – uśmiechnął się blado Drakula. – Ale teraz, naprawdę przepraszam.
- Szykuję dziś pilaw z kurczaka – mówi dalej żona piekarza. – Mam nadzieję, że będzie panu smakował.
- Cudownie, cudownie! – uśmiecha się hrabia – ale teraz państwo wybaczą, naprawdę muszę iść.
Delikatnie odpycha kobietę a później, w całkowitej ciemności, omyłkowo otwiera drzwi od szafy i wchodzi do środka.
- Sacreble! Gdzie tu są drzwi wyjściowe?
- Ach – chichocze żona piekarza. – Cóż za dowcipny człowiek z pana hrabiego!
- Wiedziałem, że spodoba się wam ten żarcik – Drakula zmusza się do uśmiechu. – A teraz proszę, zejdźcie mi z drogi.
Hrabia otwiera wreszcie drzwi frontowe, ale jego czas dobiegł już końca. Piekarz zza jego pleców woła:
- Popatrz żabko, zaćmienie dobiega już końca! Słońce znowuż wychodzi.
- Rzeczywiście – cedzi przez ściśnięte zęby Drakula i zatrzaskuje drzwi. – Postanowiłem jednak zostać. Zasuńcie żaluzje w oknach, tylko szybko! Ruszcie się!
- Jakie żaluzje w oknach? – dziwi się piekarza.
- Nie macie, co? A jest piwnica w tej chacie?
- Nie – odpowiada żona piekarza. – Ciągle powtarzam Henrykowi, żeby ją zbudował. Bardzo by się przydała, ale on nie chce mnie słuchać. „Po co ci piwnica i po co ci piwnica. Babskie fanaberie” – mówi. Taki to już jest mój mąż.
- No słów mi brakuje! A gdzie jest szafa?
- Już nam to pan pokazywał, panie hrabio – śmiejąc się odpowiada żona piekarza. – Uśmialiśmy się do łez.
- Doprawdy. Żartowniś pana hrabiego nie lada.
- Słuchajcie, będę więc w szafie. Zapukajcie o siódmej trzydzieści. Albo nie, sam wyjdę. Będę wiedział.
Z tymi słowami hrabia wchodzi do szafy i zamyka drzwi.
- Hi, hi, hi… Bardzo zabawny jest pan hrabia, Henryku.
- Ależ panie hrabio! Niech pan nie będzie dzieckiem. Proszę wyjść z szafy.
- Nie, nie mogę… Wierzcie mi na słowo. Nie zmuszajcie mnie. Bardzo mi tu dobrze, naprawdę.
- Panie hrabio, niech pan przestanie żartować. Mnie i tak już tchu brakuje ze śmiechu.
- Muszę wam powiedzieć, że jestem zachwycony tą szafą. Co za wnętrze, co za styl!
- Tak, ale…
- Wiem, że może się to wam wydać dziwne, ale jednak jestem tu i świetnie się bawię. Nie dalej jak wczoraj mówiłem Hess: dajcie mi solidną szafę, a mogę w niej siedzieć godzinami. Słodka niewiasta z tej uroczej pani Hess. Trochę tłusta, ale słodka… A teraz proszę, nie przeszkadzajcie sobie. Mnie jest tutaj naprawdę dobrze. Zajrzyjcie do mnie po zachodzi słońca.
I w tej to właśnie chwili zjawił się burmistrz ze swoją żoną Katią. Przechodzili akurat obok i postanowili przy okazji złożyć wizytę swoim przyjaciołom.
- Witajcie! Mam nadzieję, że w niczym wam nie przeszkadzamy? – zagaił burmistrz.
- Ależ nie, panie burmistrzu. Proszę, wejdźcie. Panie hrabio! Mamy towarzyyystwo!
- To hrabia też jest tutaj? – dziwi się burmistrz. – Nikt, nigdy nie widuje go o tak wczesnej porze.
- Tak, ale zdziwi się pan w jakim miejscu – chichocze żona piekarza.
- Panie hrabio! Proszę wychodzić! No już! – piekarz powoli traci cierpliwość. - Jest w szafie – wyjaśnia przepraszająco piekarz mrużąc jedno oko.
- Naprawdę? – nie dowierza burmistrz.
- Wystarczy tego, panie hrabio – mówi piekarz udając wesołość i stuka do drzwi szafy. – Co za dużo, to niezdrowo. Przyszedł pan burmistrz.
- Wyjdź Drakula! – krzyczy burmistrz. – Napijemy się wina.
- Nie, nie. Pijcie sami. Mam tu ważne sprawy.
- Gdzie, w szafie???
- Tak, tak. Nie chcę wam zepsuć dnia. Słyszę co mówicie. Dołączę, jeśli będę chciał coś dodać.
Cóż było robić? Wszyscy rozejrzeli się po sobie i wzruszyli ramionami. Żona piekarza rozlała wino, usiedli i piją. I tak płynie im czas.
- Pięęękne zaćmienie dziś mieliśmy – powiedział burmistrz delektując się winem z kielicha.
- O tak – zgadza się piekarz. – Niezwykłe.
- Magnific! – dodaje głos z szafy.
- Co pan mówił, panie hrabio?
- Nic, nic. To nieważne.
- No nie! – nie wytrzymuje burmistrz. Zrywa się z krzesła i otwiera drzwi szafy. – Dosyć tego Drakula! Wychodź! Zawsze miałem cię za poważnego człowieka.
Światło słoneczne wpada do wnętrza szafy. Straszliwe monstrum wrzeszczy i na ich oczach wolno rozsypuje się. Najpierw rozpada się ciało, potem szkielet zamienia się w biały pył i opada układając się w stosik na dnie szafy. Żona piekarza pochyla się nad kupką białego popiołu na dnie szafy.
- To znaczy, że z dzisiejszej kolacji nici? –pyta.

piątek, 18 grudnia 2009, majjacek

Polecane wpisy

  • Ostatni krok

    Kiedyś, w pewnej okolicy żył potężny, acz łagodny lew. Wybrani mogli podejść i pogłaskać go po gęstej grzywie. Wszyscy go podziwiali. Ludzie zjeżdżali się z cał

  • Ostatni dzień

    Reflektory samochodu mozolnie wyłuskiwały drogę z ciemności. Piotr prawie odruchowo prowadził samochód. Droga przemierzana wiele razy wryła się w pamięć do tego

  • Bajka o liście zwierząt do zjedzenia

    Kiedyś po okolicy rozniosła się wieść, że Król Lew sporządził listę zwierząt do zjedzenia. Usłyszały o tym zwierzęta i blady strach padł na puszczę i sawannę. C