RSS
sobota, 16 stycznia 2010
Ostatni krok

Kiedyś, w pewnej okolicy żył potężny, acz łagodny lew. Wybrani mogli podejść i pogłaskać go po gęstej grzywie. Wszyscy go podziwiali. Ludzie zjeżdżali się z całego świata, aby go zobaczyć. Wędrowali z różnych krajów przez wiele kilometrów, lecz kiedy już stanęli oko w oko z bestią, kiedy spojrzeli na te potężne kły i pazury, na muskuły piętrzące się pod skórą, stawali jak wryci i nikt nie śmiał się zbliżyć. Kiedy tak stali, podszedł do nich staruszek, mędrzec i powiedział:
- Czego się lękacie? Wszak lew jest łagodny i potulny jak baranek. Przez tyle czasu i z takim trudem wędrowaliście tutaj, a teraz boicie się podejść i pogłaskać go po grzywie? Przecież lew was kocha i pozwoli podejść każdemu, kto ma na tyle odwagi, aby spojrzeć mu prosto w oczy i to zrobić.
Niestety, tłum ani drgnął. Niektórzy ludzie zaczęli odwracać się i odchodzić, inni nadal stali jak wryci. I wówczas staruszek powiedział:
- Tak to już jest, że cała podróż jest łatwa, a najtrudniejszy jest ten ostatni krok. Na jego wykonanie potrzeba bowiem odwagi, której jak widać wam zabrakło. Zastanówcie się – po co był ten cały wasz trud?
I tak mówiąc odszedł, a tłum nadal stał bojąc się lwa.

09:34, majjacek
Link Komentarze (1) »
środa, 30 grudnia 2009
Ostatni dzień

Reflektory samochodu mozolnie wyłuskiwały drogę z ciemności. Piotr prawie odruchowo prowadził samochód. Droga przemierzana wiele razy wryła się w pamięć do tego stopnia, że mięśnie same pociągały za kierownicę i naciskały pedały auta niejako bez udziału mózgu. Piotr był pogrążony myślami w niedawnej awanturze. Poszło o jakiś drobiazg, nawet nie pamiętał od czego rozpoczęła się ta bezsensowna wymiana zdań. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, różne drobiazgi zbierały się od dłuższego czasu. A to uszczypliwa uwaga, a to konieczność ustąpienia w podbramkowej sytuacji, a to urażone ego. Zwykle ustępował ojcu, lecz dziś przepełniła się czara goryczy. Ojciec powiedział słowo, Piotr nie ustąpił, ojciec znowuż coś dodał i tak zaczęli sobie nawzajem w gniewie wyrzucać dawne urazy i żale. W niepamięć poszła zasada, że przywoływanie i pamiętanie zdarzeń starszych niż 24 godziny nie ma sensu, że trzeba skupiać się na faktach, nie na pomówieniach, że ważne jest tu i teraz.
Matka próbowała interweniować, jednak trudno jej było opowiedzieć się po którejś ze stron. To oczywiste, że z jednej strony wspierała syna i jego racje, a z drugiej przecież jakoś musiała żyć z ojcem. Dlatego też wycofała się w jakieś zacisze mieszkania kręcąc z niedowierzaniem głową i z fotela w ciemnym pokoju obserwując kłócących się mężczyzn.
Piotr opuścił mieszkanie rodziców trzaskając mocno drzwiami. Po korytarzu ciemnej, czynszowej kamienicy poniosło się echo odbijając się od zamkniętych, obojętnych drzwi sąsiednich mieszkań. Samochód stał zaparkowany na ulicy, jednak Piotr postanowił troszkę ochłonąć, zanim usiądzie za kierownicą. Minął stojące auto i udał się na krótki spacer. Chłodny, jesienny wieczór studził emocje, a z każdym krokiem Piotr nabierał dystansu do całego zajścia. Już po kilkunastu krokach wzdłuż ulicy, przy której stała kamienica rodziców, poczuł wyrzuty sumienia i powziął zamiar, aby wrócić i przeprosić ojca. Kierowany tym postanowieniem zawrócił i układając w myślach słowa skierował się w stronę, z której przyszedł. Jakiś zabłąkany kot przebiegł mu drogę, co przywołało na myśl stare przesądy. „W ciemnościach wszystkie koty są czarne” – pomyślał Piotr odganiając od siebie czarne myśli. Nagle spostrzegł coś, co zatrzymało go w pół kroku – w mieszkaniu rodziców zgasło światło. „Cholera!” – zaklął – „Jakoś będę musiał przeżyć do jutra. Przyjadę do nich jutro tuż po pracy i załatwię sprawę”. Podszedł do samochodu, nacisnął przycisk na kluczyku wywołując powolne, dostojne mrugnięcie kierunkowskazów oraz stuk mechanizmu zamka i wsiadł do auta. Zajął miejsce za kierownicą i uruchomił silnik. Nagle przypomniał sobie, jak wspólnie z ojcem naprawiali w wynajętym na chwilę garażu jego pierwszy samochód. Wspomnienie spowodowało, że poczuł się jeszcze gorzej. „Cholera!” – zaklął ponownie w myślach – „Jaki ja jestem głupi! Dlaczego dałem się tak ponieść?!”.
Samochód z wolna toczył się po drodze. Piotr nie mieszkał daleko od rodziców, zaledwie kilkanaście kilometrów. W dobrych warunkach droga zajmowała jakieś piętnaście minut. Wynajmowali wspólnie z Marysią spore mieszkanie na niewielkim, aczkolwiek komfortowym osiedlu. Pozwalała na to dobrze płatna praca, tak jego, jak i Marysi. Zaparkował auto na ogrodzonym parkingu przed domem i spojrzał w górę na ciemne, ciche okna. Poczuł żal, że wraca do pustego mieszkania i że ich dobre zarobki, i praca dla tak zwanych dobrych firm okupione są samotnością. Jakże niewiele czasu mieli dla siebie. Ludzie mówią, że związki są po to, aby radości mnożyć przez dwa, a smutki dzielić, ale jak to zrobić, skoro praktycznie spotykali się późnym wieczorem i weekendy, a i to nie zawsze? Tym boleśniej odczuwał to teraz, gdy dręczyły go wyrzuty sumienia spowodowane awanturą i najnormalniej w świecie potrzebował wsparcia życzliwej mu osoby. Ciekawe jak oceniłaby to całe zajście Marysia? Pewnie zrobiłaby palcem znaczące kółko na czole, ale mimo wszystko doradziła jakieś rozwiązanie. Krótka do mieszkania prowadziła przez skwer, a następnie schodami na górę. Klucz zgrzytnął w zamku, pisnęła naciskana klamka, drzwi otwarły się ukazując ciche, przepastne, puste wnętrze. „Co za cholerny dzień!” – pomyślał naciskając przycisk włącznika światła.
Rano, w drodze do pracy Piotr jeszcze myślał o wczorajszym dniu i analizował całe zajście, lecz w biurze bez reszty pochłonęły obowiązki. Nerwowa krzątanina udzieliła się wszystkim, bez wyjątku. Trudno było skupić mu się na dokumentach, które musiał przejrzeć przed spotkaniem z klientem. Wreszcie wyłączył telefon komórkowy, zabronił łączyć do siebie rozmowy i zamknął drzwi do swojego gabinetu, które otworzył dopiero tuż przed spotkaniem. Wysiłek opłacił się, ponieważ jego rozmówca okazał się konkretnym i wymagającym rzetelnej znajomości faktów potencjalnym klientem, który dobrze ocenił profesjonalizm Piotra i natychmiast po rozmowie był gotów podpisać kontrakt. Oczywiście wymagało to uzgodnienia pewnych dodatkowych warunków – umowy nie można było podpisać ot tak sobie, bez dalszych negocjacji. Ustalili więc wspólnie termin następnego spotkania, po czym klient pożegnał się i odszedł, a Piotr zadowolony opadł w fotelu. „Tak, tak” – pomyślał – „Czas wrócić do rzeczywistości”. Pomyślał o czekającej go po południu rozmowie z ojcem i o tym, jak przeprosi go za swój wczorajszy wybuch. Uczucie niesmaku znowuż powróciło na moment wywołują na jego twarzy krótki skurcz. „Ech głupio wyszło” – skarcił siebie w myślach, a wyrzuty sumienia wróciły. Wyjął z kieszeni telefon i nacisnął przycisk włącznika. Niewielki ekran rozświetlił się oznajmiając powrót właściciela telefonu w zasięg wszelkich informacji dobrych i złych. Piotr podniósł słuchawkę telefonu stojącego na biurku i wykręcił numer asystentki.
- „Czy były do mnie jakieś telefony?” – zapytał.
- „Nie, nic ważnego się nie działo.” – odpowiedziała Teresa – „Ach! Byłabym zapomniała. Dzwoniła pańska matka i koniecznie chciała z panem rozmawiać. Był pan jednak na spotkaniu i zabronił sobie przeszkadzać. Pomyślałam, że sprawa może poczekać jeszcze z godzinkę, więc obiecałam, że pan do niej zadzwoni”.
- „Tak, tak. Dobrze, że mi nie przeszkadzałaś, bo to pewnie nic ważnego, a rozmowa z kontrahentem była dla nas niezmiernie ważna. Dziękuję.” – potwierdził.
Piotr nacisnął widełki staromodnego telefonu. Wiele wysiłku kosztowało go jego zdobycie, a następnie doprowadzenie do stanu używalności. Nie był nowoczesny, nie miał pamięci i wyświetlacza, ale konstrukcja z drewna, porcelany i mosiądzu doskonale prezentowała się na biurku. Wykręcił numer do rodziców. Telefon odebrała matka. Jej rozedrgany głos wibrował po drugiej stronie.
- „Halo, kto tam?”.
- „To ja mamo, tu Piotr”.
- „Ach od godziny usiłuję cię złapać” – w jej głosie zabrzmiała pretensja. Piotr miał wrażenie, że słowo „złapać” wypowiedziała płacząc – „Nie wiem co robić, kompletnie nie wiem. Ojca zabrało pogotowie. Nie mam pojęcia co mu jest, nie wiem do którego szpitala go zawieźli, czarna rozpacz!”. Teraz matka płakała już na dobre.
- „Mamo, uspokój się.” – powiedział najspokojniej jak mógł – „Powiedz mi co się wydarzyło?”.
- „Nie wiem, nie mam pojęcia.” – głos przebijał się przez płacz – „Tato jak zwykle rano wyszedł po gazetę, a później Marian, ten nasz sąsiad z dołu mówił, że widział jak tato poślizgnął się i spadł z drugiego czy trzeciego schodka na plecy. To właśnie Marian wezwał pogotowie, bo tato leżał i jęczał nic nie mówiąc. Mnie nie było w domu, wyszłam na chwilę do spożywczego. Wracam, a tu od progu taka wiadomość!” – słuchawkę znowuż wypełniło szlochanie.
- „Mamo, poczekaj. Przecież to bardzo nisko. To pewnie tylko zwykłe stłuczenie, no może jakieś delikatne wstrząśnienie mózgu, a jedno i drugie to przecież nie tragedia. Mamo, uspokój się, wszystko na pewno będzie dobrze. Przecież wiesz, jak silny organizm ma tato”.
Po drugiej stronie słuchawki matka nadal płakała.
- „Mamo, już do ciebie jadę. Poczekaj na mnie, razem na pewno damy sobie radę”.
Matka nadal płacząc bez słowa odłożyła słuchawkę. W głośniku rozległ się ciągły pisk, brzmiący jak alarm aparatu mierzącego rytm serca. Piotr rzucił słuchawkę na widełki i chwycił swoją kurtkę. Prawie biegnąc przez korytarz rzucił się do wyjścia. Odprowadziło go zdziwione spojrzenie Teresy.
Droga do domu rodziców zajęła mu więcej czasu niż się spodziewał. Po drodze była jakaś stłuczka i utworzył się koszmarny korek. Niestety, dojazd wymagał przeprawy przez rzekę, a to można było zrobić używając drogi przez jedyny most. Gdy zapukał do drzwi mieszkania w kamienicy upłynęła już więcej niż godzina. Otwarła mu matka patrząc na niego zaczerwienionymi, załzawionymi oczami. Poszukiwania nie zajęły dużo czasu. Rodzice mieszkali w niewielkim miasteczku, więc ojciec mógł trafić tylko do jednego z dwóch szpitali. Drugi telefon okazał się trafiony i już po chwili Piotr jechał z matką na ulicę Słoneczną, przy której wybudowano ten nowy szpital. Informacji udzieliła im młoda kobieta za okienkiem przy wejściu. Wskazała salę, w której prawdopodobnie położono tatę, to znaczy kogoś odpowiadającego opisowi. Na widok ich obojga wchodzących na oddział ucieszyła się pielęgniarka „Ponieważ, wiedzą państwo – on tu przyjechał jak stał, bez żadnych dokumentów i nie wiedzieliśmy z kim mamy do czynienia”. Za chwilę zapytała:
- „Ale państwo chcą go teraz widzieć?”
- „No tak, oczywiście.” – odparł bez zastanowienia Piotr – „A dlaczego pani pyta?”.
- „No bo wiedzą państwo, zabrano go na badania”.
- „Och! Ale co z tatą? Czy może mi pani powiedzieć jak on się czuje? Czy to coś poważnego?”.
- „Trudno powiedzieć.” – odparła pielęgniarka – „Wyglądał tylko na przestraszonego i potłuczonego, ale za wcześnie aby o tym mówić. Wszystkiego dowiemy się po badaniach”.
Nerwowe oczekiwanie trwało chyba ze dwie godziny. Wtem rozległ się dzwonek windy i na korytarzu pojawiła się inna pielęgniarka pchająca wózek z siedzącym na nim ojcem. Matka pobiegła w jego stronę. Tato nie wyglądał źle, chociaż jego twarzy udzieliła się pewna bladość a oczy sprawiały wrażenie zamglonych i takich jakby nieobecnych. Niemniej poznał mamę, a na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. Matka wzięła go za rękę i znowuż rozpłakała się. Piotr – pamiętny wczorajszej kłótni i pełen obaw – powolnym krokiem, skierował się w stronę wózka. Gdy był już całkiem blisko tato spojrzał na niego tym swoim dziwnym wzrokiem.
- „Marysiu.” – zbieżność imion była zupełnie przypadkowa – „Kto to jest ten pan?”.
Matka nagle przestała płakać i spojrzała na niego zdumiona.
- „Jak to kto? Przecież to twój syn, Piotr”.
- „Piotr? Syn?” – zdziwił się ojciec – „To ja w ogóle mam dzieci? A właściwie... Jak ja się nazywam?”
Matka znowuż zaczęła płakać, a Piotr bezradnie spojrzał na pielęgniarkę.
- „Tato miał nieduży wylew wewnątrzczaszkowy, w efekcie którego mógł stracić pamięć. Być może to minie, ale na tym etapie nie możemy mieć pewności” – powiedziała cicho pielęgniarka. Za chwilę jednak zasłoniła się:
-„Ja jednak nie mogę udzielać żadnych informacji. To może tylko lekarz, proszę poszukać doktora Wolskiego”.
Piotra zaczęło ogarniać stopniowo narastające przerażenie. „A przeprosiny?” – myślał – „A wszystkie te niedokończone sprawy? A wspólne przeżycia, wspomnienia? O Boże! Dlaczego?”. Przed oczami Piotra pojawił się mężczyzna, którego imienia już dziś nie pamiętał, a który prowadził szkolenie motywacyjne. W uszach zabrzmiały rzucone przez niego w przestrzeń słowa: „Co? Zaskoczyłem was? To jeszcze nic – życie nie raz i jeszcze bardziej was zaskoczy. Żyjcie więc tak, aby każdy dzień mógł być tym ostatnim”.

01:48, majjacek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Bajka o liście zwierząt do zjedzenia

Kiedyś po okolicy rozniosła się wieść, że Król Lew sporządził listę zwierząt do zjedzenia. Usłyszały o tym zwierzęta i blady strach padł na puszczę i sawannę. Cóż było jednak zrobić? Wola króla...
Jako pierwszy do króla wybrał się jeleń:
- Królu, z tą listą to prawda? - zapytał.
- Tak, prawda - odparł lew.
- A czy ja na niej jestem?
- Tak, jesteś.
- Królu, a czy dasz mi chociaż kwadrans, abym pożegnał się z rodziną?
Tu lew zamyślił się na chwilę.
- Tak, biegnij...
Jeleń pobiegł do swojej rodziny, pożegnał się, wrócił i został zjedzony. No cóż - królewska wola, mimo iż okrutna, musiała być wykonana.
Jako następny przyszedł do lwa dzik. Drżącym głosem zapytał:
- Królu... Z tą listą... To prawda?
- Tak, prawda.
- Królu... A czy ja na niej jestem?
- Tak, jesteś.
Dzik zadrżał, ale cóż było robić. Wola króla.
- Królu, a czy dasz mi chociaż godzinkę, abym pożegnał się z rodziną?
- No dobrze, biegnij. Ale tylko godzinkę!
Dzik pobiegł do lasu, pożegnał się ze swoją liczną rodziną, wrócił i został zjedzony.
Następnego dnia przyszedł do lwa zajączek.
- Królu, czy z tą listą to prawda? - zapytał.
- Tak, prawda - odparł lew.
- Królu, a czy ja na niej jestem?
- Hm, sprawdźmy... Tak, jesteś.
Tu zapadła chwila milczenia. Zajączek zamarł na chwilę z przerażenia. Przecież wszyscy wiemy, jakim jest tchórzem. Jednak w pewnym momencie zajączek zdobył się na odwagę i zapytał:
- Królu, a czy mógłbyś mnie skreślić?
- Nie ma sprawy! - odparł lew.
Podobno wszyscy otrzymujemy od życia to, czego oczekujemy. A czego Ty oczekujesz?

18:01, majjacek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 grudnia 2009
Nie drażnić czarowników! (1)

Był piękny, pogodny dzień. Wymarzony piękny weekend po długim, pracowitym, nudnym tygodniu spędzonym w biurze. Kuba samolubnie zostawił w domu żonę, dzieci, problemy i wyjechał na ryby. Teraz spokojnie zapadł w stan błogiego spokoju, leniwie śledząc spojrzeniem podnoszące się na niewielkich falach spławiki. Dzień był udany ze wszech miar. Nie dosyć, że tak łatwo zostawił nad ranem śpiącą rodzinę i wymknął się z domu, że była piękna pogoda, to jeszcze na dodatek połów wyjątkowo udał się. W siatce szarpało się kilka sporych, srebrzystych leszczy, na drugą wędkę udało się też złowić ładnego szczupaka. Oczami wyobraźni już widział swój tryumfalny powrót do domu w glorii myśliwego zadowolonego z wyników polowania. Wobec takich wyników połowów nawet pretensje żony zbledną, a sąsiad Waldek pozielenieje z zazdrości.
Kanapki zabrane z domu skończyły się jeszcze przed południem i Kuba zaczął odczuwać głód. Nagle zaczęło mu burczeć w brzuchu i zatęsknił do ciepłego, domowego obiadku. Miał co prawda pełną siatkę ryb, ale najmniejszej ochoty ich przyrządzać. Najlepiej zrobi to Teresa, kiedy już miną jej dąsy. Jej okonie pieczone w ziołach z ziemniaczkami są takie pyszne! Do tego pójdzie się do sklepu, kupi jakieś piwko. O tak, nie ma to jak miłe zakończenie jakże miłego dnia.
Tu Kuba wstał, rozprostował zesztywniałe od wylegiwania się na leżaku kości, poprawił czapkę na głowie, przeciągnął i pomału zaczął składać wędki. Powoli, metodycznie zwinął żyłkę, złożył długie kije, zaczepił haczyki o specjalnie przygotowane o tego celu oczka i schował wędki do długich, czarnych pokrowców. Teraz wyjął siatkę z wody, włożył ją do plastykowego wiaderka, którym wcześniej zaczerpnął trochę wody i powoli zaczął zmierzać ścieżką przez las w stronę miejsca, gdzie zaparkował samochód. Słońce grzało niemiłosiernie. Leniwie ziewając i przestawiając z wolna nogę za nogą, dźwigając sprzęt i złowione ryby Kuba wędrował ścieżką przez las.
Nagle zawirował podmuch wiatru. Kuba zaskoczony podniósł wzrok, ale nie dostrzegł niczego niepokojącego. Ot takie sobie figle niepokornego Zefirynka. Wtem przyłączyło się do niego odstręczające indywiduum. Osobnik ten, niewątpliwie płci żeńskiej, chociaż trudno to powiedzieć z całą pewnością, pojawił się nagle znikąd i dopadł się prawej strony maszerującego Kuby. Ten rzucił zezem i przyśpieszył kroku.
- O ho ho! Widzę, że są rybki! I to piękne rybki!
Kuba jeszcze raz, możliwie niezauważenie, przyjrzał się postaci. Ta zaniepokoiła go, ale udał obojętność. Bez wątpienia była to kobieta, na której czas już niejednokrotnie zostawił ślady swoich zębów. Brudno brązowe ubranie, przy opisie którego stwierdzenie „ubiór na cebulkę” nabierało głębszego sensu. Swoją drogą, to był on chyba reliktem z czasów kolektywizacji wsi. Do tego fartuch i peleryna, na głowie chusta. Spod niej wyzierały włosy niemyte chyba od wielu lat, pełne listków, patyczków, igiełek, i ... żywych stworzonek. Jakby owo tajemnicze zjawisko całe swoje życie spędziło w lesie tarzając się w błocie z dzikami i jedząc żołędzie.
- No udało się - niechętnie odburknął Kuba. Jednocześnie przyśpieszył kroku chcąc pozbyć się zjawiskowej osoby. Ta jednak nie dała się pozbyć w tak prosty sposób. „Do cholery!” – pomyślał Kuba – „Skąd w tej paskudzie tyle siły?”.
- Daj mi kilka! - zażądało indywiduum - Acha, i koniecznie szczupaka!
W Kubie aż zawrzało. „Nie dosyć, że menel to jeszcze będzie mi tu stawiać żądania???”. Jeszcze bardziej przyśpieszył kroku i spuścił głowę udając, że nie dosłyszał bezczelnego żądania. Burknął pod nosem:
- Dobre sobie... Sama se złap!
Indywiduum nie ustępowało.
- Podziel się, bo pożałujesz!.
Kuba prawie zaczął biec rozchlapując na boki wodę z wiaderka.
- A won mi ty stara wiedźmo! Sama se złap, a nie będziesz mi tu czyhać na darmowy garnuszek!.
Wówczas kobieta przystanęła. Wyjęła z kieszeni zapalniczkę i jakieś stare, wyschnięte liście. Zapaliła ogień i zaczęła mruczeć coś pod nosem. Później paliła jeden listek po drugim i rzucała na ziemię.
- Czekaj, czekaj, jeszcze do mnie wrócisz. Jeszcze pożałujesz, że nie chciałeś dać mi rybki.
Jakub przebierał szybko nogami zbliżając się do samochodu. Obejrzał się przez ramię i spostrzegł, że natręt jak się pojawił, tak i nagle przepadł. Szczęśliwy, że pozbył się persona non grata zwolnił i powoli zaczął pakować przedmioty do samochodu.
W domu wszystko odbyło się zgodnie z przewidywaniami. Tuż przed wejściem do budynku spotkał Waldka, który zaczął robić jakieś uwagi o ręczniku i mydle, ale po tym jak dostrzegł połów - dosłownie zbladł z zazdrości. Kuba wypiął pierś jak kogut i powędrował do mieszkania. Spotkał jeszcze emeryta Józefa, i sąsiadki z parteru – wszyscy podziwiali wspaniały połów. Teresa niemal wybuchła na widok Kuby, ale entuzjazm dzieciaków związany ze wspaniałym połowem, wznoszone okrzyki „Mamo! Patrz, patrz! Ryyyyyby! Jaaaakie mają ooooooczy!” jakoś zażegnały wiszącą w powietrzu awanturę. Teresa gderając wzięła od Kuby wiaderko i powędrowała do kuchni. Stamtąd za moment zaczęły dobiegać odgłosy dalszego gderania, że „tak, tylko łowić i łowić, a brudna robota to już ona, że nie mam już siły do tych ryb, tego skrobania, do tych dzieci...”. Ot takie sobie babskie gadanie. Kuba usiadł przy stole, Teresa przyniosła obiad, później trochę telewizji, rybki i piwko z kolegami, ktoś przyniósł coś mocniejszego... I tak minął dzień.

18:07, majjacek
Link Dodaj komentarz »
Nie drażnić czarowników! (2)

Sen Kuby przerwało popiskiwanie budzika. Na zewnątrz budził się szary, zwykły poranek. Teresa podniosła się pierwsza. „Jak mi nie chce się iść do pracy” – powiedziała ziewając. Wsadziła głowę do pokoju dzieci. „Marcin, wstawaj!” – powiedziała nieco podnosząc ton głosu. „O! A Ania już nie śpi? A kiedy to wstałaś?” – uśmiechnęła się głosem do drugiego dziecka. Jakub ciężko dźwignął się z łóżka. Po wczorajszym dniu trochę bolała go głowa. Ciężkim krokiem udał się do łazienki po drodze dostrzegając, że Teresa jest w kuchni i robi śniadanie. Na patelni już skwierczały sadzone jajka, a na stole stał pokrojony chleb. Jakub wlokąc się dalej w stronę łazienki westchnął „O Boże... Znowu do pracy...”.
Po wyjściu z łazienki Jakub wszedł do kuchni. Teresa zdążyła już usmażyć jajka, a na stole pojawiło się też kilka nowych produktów. Mała Ania siedziała już przy stole pałaszując jakąś kromkę z dżemem. „Gdzie Marcin?” – spytał Jakub. Teresa krzyknęła: „Marcin! Wstawaj! Bo spóźnisz się do szkoły”. Marcin nie wychodził z pokoju, więc Teresa poszła tam z zamiarem obudzenia go w mniej przyjemny sposób. „Mamusiu, brzuch mnie boli” – wystękał Marcin. Teresa uklękła przy nim i położyła rękę na czole. „No ładnie, masz gorączkę” – powiedziała zatroskanym głosem – „Nie pójdziesz dziś do szkoły, napiszę ci usprawiedliwienie”. „Cholera” – dodała już tak jakby mniej w stronę dziecka – „Będę musiała zostać w domu”.
Po śniadaniu Jakub wziął Anię i pojechał z nią do przedszkola. Normalnie robiła to Teresa, ale teraz została w domu, więc to na niego spadł ten obowiązek. Spod przedszkola pojechał do pracy. Przewidywał, że na drodze przyjdzie mu odstać swoje w ogromnym korku i nie pomylił się. Normalnie omijał te okolice szerokim łukiem, ale dziś było to po prostu nieekonomiczne. Zgodnie z przewidywaniami spóźnił się do biura o blisko pół godziny. Na progu dopadł go surowy wzrok Marka, kierownika. To spojrzenie mówiło samo za siebie: „Stary, oby tak dalej, a nie będzie premii w tym miesiącu”. Jakub mamrocząc pod nosem jakieś usprawiedliwienie i przeprosiny usiadł na swoim miejscu. Włączył komputer, wziął do ręki telefon i zadzwonił do pierwszego klienta ze swojej listy. „Dzień dobry! Czy mógłbym...”.
Tak minął dzień w biurze. Po drodze do domu trzeba było zabrać Anię z przedszkola. Znowuż odstał swoje w korku, który tym razem tworzył się w drugą stronę, ponieważ wszyscy, tak jak on, wracali ze śródmieścia z biur i zakładów do domów. Później krótka droga do domu. Na progu mieszkania powitała ich zmęczona Teresa. Spojrzała na Jakuba matowym wzrokiem: „Bosze... Co za dzień. Ten tylko wymiotuje i wymiotuje”. Ania swoim piskliwym głosem obwieściła „A u nas w przedśkolu był budyń na podwiećorek!”. Ech ten entuzjazm dzieci. W domu panował nieopisany chaos. Zawsze było tak, gdy Teresa przynosiła pracę z biura. Wszędzie walały się papiery, na stole stał włączony komputer, a Teresa dalej była w jakiejś nocnej koszuli, do której dodała tylko sweterek. Wyglądała tak, jakby przed chwilą podniosła się z łóżka. „Jak jesteś głodny, to weź sobie coś do jedzenia” – rzuciła przez ramię – „Ja nie mam czasu. Obiad będzie gdzieś koło szóstej”. Jakub ciężko zapadł się w fotelu. Za oknem zaczął padać deszcz.
Sen Kuby przerwało popiskiwanie budzika. Na zewnątrz budził się szary, zwykły poranek. Teresa podniosła się pierwsza. „Jak mi nie chce się iść do pracy” – powiedziała ziewając. Następnie wsadziła głowę do pokoju dzieci. „Marcin, wstawaj!” – powiedziała nieco podnosząc ton głosu. „O! A Ania już nie śpi? A kiedy to wstałaś?” – uśmiechnęła się głosem do drugiego dziecka. Jakub ciężko dźwignął się z łóżka. Po wczorajszym dniu trochę bolała go głowa. Ciężkim krokiem udał się do łazienki po drodze dostrzegając, że Teresa jest w kuchni i robi śniadanie. Na patelni już skwierczały sadzone jajka, a na stole stał pokrojony chleb. Jakub wlokąc się dalej w stronę łazienki westchnął „O Boże... Znowu do pracy...”.
Po wyjściu z łazienki Jakub wszedł do kuchni. Teresa zdążyła już usmażyć jajka, a na stole pojawiło się też kilka nowych produktów. Mała Ania siedziała już przy stole pałaszując jakąś kromkę z dżemem. „Gdzie Marcin?” – spytał Jakub. Teresa krzyknęła: „Marcin! Wstawaj! Bo spóźnisz się do szkoły”. Marcin nie wychodził z pokoju, więc Teresa poszła tam z zamiarem obudzenia go w mniej przyjemny sposób. „Mamusiu, brzuch mnie boli” – wystękał Marcin. Teresa uklękła przy nim i położyła rękę na czole. „No ładnie, masz gorączkę” – powiedziała zatroskanym głosem – „nie pójdziesz dziś do szkoły, napiszę Ci usprawiedliwienie”. „Cholera” – dodała już tak jakby mniej w stronę dziecka – „będę musiała zostać w domu”.
Po śniadaniu Jakub wziął Anię i pojechał z nią do przedszkola. Normalnie robiła to Teresa, ale teraz została w domu, więc to na niego spadł ten obowiązek. Spod przedszkola pojechał do pracy. Przewidywał, że na drodze przyjdzie mu odstać swoje w ogromnym korku i nie pomylił się. Normalnie omijał te okolice szerokim łukiem, ale dziś było to po prostu nieekonomiczne. Zgodnie z przewidywaniami spóźnił się do biura o blisko pół godziny. Na progu dopadł go surowy wzrok Marka, kierownika. To spojrzenie mówiło samo za siebie: „Stary, oby tak dalej, a nie będzie premii w tym miesiącu”. Jakub mamrocząc pod nosem jakieś usprawiedliwienie i przeprosiny usiadł na swoim miejscu. Włączył komputer, wziął do ręki telefon i zadzwonił do pierwszego klienta ze swojej listy. „Dzień dobry! Czy mógłbym...”.
Tak minął dzień w biurze. Po drodze do domu trzeba było zabrać Anię z przedszkola. Znowuż odstał swoje w korku, który tym razem tworzył się w drugą stronę, ponieważ wszyscy, tak jak on, wracali ze śródmieścia z biur i zakładów do domów. Później krótka droga do domu. Na progu mieszkania powitała ich zmęczona Teresa. Spojrzała na Jakuba matowym wzrokiem: „Bosze... Co za dzień. Ten tylko wymiotuje i wymiotuje”. Ania swoim piskliwym głosem obwieściła „A u nas w przedśkolu był budyń na podwiećorek!”. Ech ten entuzjazm dzieci... W domu panował nieopisany chaos. Zawsze było tak, gdy Teresa przynosiła pracę z biura. Wszędzie walały się papiery, na stole stał włączony komputer, a Teresa dalej była w jakiejś nocnej koszuli, do której dodała tylko sweterek. Wyglądała tak, jakby przed chwilą podniosła się z łóżka. „Jak jesteś głodny, to weź sobie coś do jedzenia” – rzuciła przez ramię – „Ja nie mam czasu”. Obiad będzie gdzieś koło szóstej. Jakub ciężko zapadł się w fotelu. Za oknem zaczął padać deszcz.
Sen Kuby przerwało popiskiwanie budzika. Na zewnątrz budził się szary, zwykły poranek. Teresa podniosła się pierwsza. „Jak mi nie chce się iść do pracy” – powiedziała ziewając. Następnie wsadziła głowę do pokoju dzieci. „Marcin, wstawaj!” – powiedziała nieco podnosząc ton głosu. „O! A Ania już nie śpi? A kiedy to wstałaś?” – uśmiechnęła się głosem do drugiego dziecka. Jakub ciężko dźwignął się z łóżka. Po wczorajszym dniu trochę bolała go głowa. Ciężkim krokiem udał się do łazienki po drodze dostrzegając, że Teresa jest w kuchni i robi śniadanie. Na patelni już skwierczały sadzone jajka, a na stole stał pokrojony chleb. Jakub wlokąc się dalej w stronę łazienki westchnął „O Boże... Znowu do pracy...”.
Po wyjściu z łazienki Jakub wszedł do kuchni. Teresa zdążyła już usmażyć jajka, a na stole pojawiło się też kilka nowych produktów. Mała Ania siedziała już przy stole pałaszując jakąś kromkę z dżemem. „Gdzie Marcin?” – spytał Jakub. Teresa krzyknęła: „Marcin! Wstawaj! Bo spóźnisz się do szkoły”. Marcin nie wychodził z pokoju, więc Teresa poszła tam z zamiarem obudzenia go w mniej przyjemny sposób. „Mamusiu, brzuch mnie boli” – wystękał Marcin. Teresa uklękła przy nim i położyła rękę na czole. „No ładnie, masz gorączkę” – powiedziała zatroskanym głosem – „nie pójdziesz dziś do szkoły, napiszę Ci usprawiedliwienie”. „Cholera” – dodała już tak jakby mniej w stronę dziecka – „Będę musiała zostać w domu”.
Po śniadaniu Jakub wziął Anię i pojechał z nią do przedszkola. Normalnie robiła to Teresa, ale teraz została w domu, więc to na niego spadł ten obowiązek. Spod przedszkola pojechał do pracy. Przewidywał, że na drodze przyjdzie mu odstać swoje w ogromnym korku i nie pomylił się. Normalnie omijał te okolice szerokim łukiem, ale dziś było to po prostu nieekonomiczne. Zgodnie z przewidywaniami spóźnił się do biura o blisko pół godziny. Na progu dopadł go surowy wzrok Marka, kierownika. To spojrzenie mówiło samo za siebie: „Stary, oby tak dalej, a nie będzie premii w tym miesiącu”. Jakub mamrocząc pod nosem jakieś usprawiedliwienie i przeprosiny usiadł na swoim miejscu. Włączył komputer, wziął do ręki telefon i zadzwonił do pierwszego klienta ze swojej listy. „Dzień dobry! Czy mógłbym...”.
Tak minął dzień w biurze. Po drodze do domu trzeba było zabrać Anię z przedszkola. Znowuż odstał swoje w korku, który tym razem tworzył się w drugą stronę, ponieważ wszyscy, tak jak on, wracali ze śródmieścia z biur i zakładów do domów. Później krótka droga do domu. Na progu mieszkania powitała ich zmęczona Teresa. Spojrzała na Jakuba matowym wzrokiem: „Bosze... Co za dzień. Ten tylko wymiotuje i wymiotuje”. Ania swoim piskliwym głosem obwieściła „A u nas w przedśkolu był budyń na podwiećorek!”. Ech ten entuzjazm dzieci... W domu panował nieopisany chaos. Zawsze było tak, gdy Teresa przynosiła pracę z biura. Wszędzie walały się papiery, na stole stał włączony komputer, a Teresa dalej była w jakiejś nocnej koszuli, do której dodała tylko sweterek. Wyglądała tak, jakby przed chwilą podniosła się z łóżka. „Jak jesteś głodny, to weź sobie coś do jedzenia” – rzuciła przez ramię – „Ja nie mam czasu”. Obiad będzie gdzieś koło szóstej. Jakub ciężko zapadł się w fotelu. Za oknem zaczął padać deszcz. Co jest??? - pomyślał Jakub.
Sen Kuby przerwało popiskiwanie budzika. Na zewnątrz budził się szary, zwykły poranek. Teresa podniosła się pierwsza. „Jak mi nie chce się iść do pracy” – powiedziała ziewając. „Jak mi nie chce się iść do pracy” – powiedziała ziewając. Następnie wsadziła głowę do pokoju dzieci. „Marcin, wstawaj!” – powiedziała nieco podnosząc ton głosu. „O! A Ania już nie śpi? A kiedy to wstałaś?” – uśmiechnęła się głosem do drugiego dziecka. Jakub ciężko dźwignął się z łóżka. Po wczorajszym dniu trochę bolała go głowa. Ciężkim krokiem udał się do łazienki... Do jasnej cholery!!! - wrzasnął.
Teresa wyjrzała zaskoczona z kuchni. Jakub naprędce założył na siebie jakieś ciuchy, nawet nie zwracając na nie uwagi i popędził do sklepu, o którym wiedział, że ma dobrze zaopatrzone stoisko z rybami. Miał szczęście - akurat trafił na dostawę świeżych ryb. Sprzedawca dziwnie patrzył na niego widząc pasiaste spodnie od piżamy wyzierające spod swetra. Jakub kupił trzy ogromne szczupaki, zapakował je w siatkę i pojechał nad wodę, w to miejsce, gdzie ostatnio siedział z wędką i gdzie tak opędzał się od tajemniczego indywiduum. Dotarł tam nie bez problemów. Wziął siatkę z rybami i zaczął chodzić tam i z powrotem po lesie nawołując „Hop! Hop! Halo! Jest tu kto?!”. Mijały godziny i nic się nie działo. „Szef mnie zabije” – pomyślał Jakub. Telefon leżał w domu, więc Teresa też nie wiedziała dokąd udał się w tym dziwnym stroju. Oj będzie źle - pomyślał. Jakub zrezygnowany skierował się w stronę samochodu, gdy nagle, jak poprzednio, bezszelestnie i znikąd pojawiła się obok niego starucha z postrzępionymi włosami. Tym razem Jakub nie był już dla niej taki opryskliwy:
- Zlituj się - powiedział - Ja już tak dłużej nie dam rady! Wykończę się.
- He, he - zaskrzeczała starucha - A co? Doskwiera ci nuda chłopczyku?.
- Nie dam rady - zajęczał Jakub - Proszę cię, ja już więcej nie będę. Weź rybki i zrób coś z tym.
Starucha wsadziła nos do siatki, jej nos zmarszczył się:
- Ale to ze sklepu... - zamruczała.
- No tak, ze sklepu, ale za to dzisiejsze! Świeże! Weź! Proszę!
- No nie wiem. A jak będą niedobre?
- Na pewno dobre! Pyszne! Proszę, weź!
Starucha spojrzała na niego krzywym wzrokiem. Spomiędzy jej włosów wylazł brązowy żuczek i zajął się patyczkiem wplecionym gdzieś pomiędzy skołtunione włosy.
- No dobrze, niech ci będzie – niechętnie zgodziła się starucha.
Wyjęła z kieszeni jakiś flakonik z brązowo – żółtą cieczą. Wylała parę kropel na ziemię mamrocząc coś pod nosem.
- I pamiętaj - powiedziała do Jakuba – Żebyś nigdy więcej nie drażnił czarowników. A teraz idź już sobie.
- Już? - zapytał Jakub.
- Już! Idź sobie, bo się rozmyślę - powiedziała starucha i powlokła się w stronę lasu.
Jakub popędził w stronę samochodu. Droga do domu zajęła mu tylko kilkanaście minut. Niedaleko od bloku, w którym mieszkali, samochód odmówił posłuszeństwa. Jakub poszedł do domu z drżącym sercem. Zastał puste mieszkanie, a na stole w kuchni kartkę zapisaną przez Teresę: „Gdzie znowuż się włóczysz???”...

18:01, majjacek
Link Dodaj komentarz »
Bajka o rzeczach dobrych i złych

Dawno, dawno temu, kiedy Cesarstwo Chin było w rozkwicie, a ludzi ceniono w nim bardziej za to kim byli, niż co posiadali, żył sobie w pewnej wiosce ubogi Mędrzec. Był wdowcem. Żona umarła przy porodzie, zostawiając mu na pociechę jedynego syna. Syn dorósł i był ojcu podporą. Utrzymywali się z pracy na roli, z niewielkiego kawałka ziemi, który uprawiali wspólnie za pomocą starej szkapy. Mała chatka z bambusa i trzciny dawała im schronienie. Mędrzec był ceniony przez sąsiadów za swoją wiedzę i doświadczenie. I wydawałoby się, że ten stan mógłby tak trwać przez lata, ale przecież niebadane są wyroki losu.
Pewnego razu nadciągnęła nad wieś burza. Wiatr przyginał drzewa do ziemi, pioruny waliły niemalże bez przerwy. Jeden z nich uderzył w drzewo w pobliżu chaty, w której żył Mędrzec ze swoim synem. Koń, który był w zagrodzie obok chaty, spłoszony hukiem zerwał się z uwięzi i pognał przez ogrodzenie gdzieś przed siebie. Rano Mędrzec spostrzegł brak konia i spokojnie wrócił do swoich zajęć, ale gdy ten brak dostrzegli sąsiedzi, to podniósł się wielki lament: - Koń wam uciekł? Jakże wy teraz poradzicie sobie w polu? Za co będziecie żyć? Jakieś nieszczęście cię spotkało! - mówili ludzie. Na to mędrzec niezmiennie odpowiadał: - A skąd wiecie, że to źle? No skąd? Skąd wiecie, że to nieszczęście?
Minęło kilka dni. Spoza chmur wyjrzało słońce a koń, któremu przecież dobrze było u ludzi, którzy o niego dbali i go szanowali, wrócił do domu Mędrca i ... przyprowadził ze sobą stado dzikich koni. Wprowadził je wprost do zagrody. Rano Mędrzec spostrzegł to, zamknął wrota do zagrody i spokojnie wrócił do swoich zajęć. Zmiana nie umknęła też uwadze sąsiadów: - Ależ wy macie szczęście! Co za szczęście was spotkało!
I ponownie teraz, tak jak przedtem, Mędrzec odpowiadał: - A skąd wiecie, że to szczęście? No skąd?
I znowuż minęło kilka dni. Mędrzec postanowił sprzedać pozyskane w tak cudowny sposób konie. Przedtem chciał jednak wybrać konia, który pomógłby jego starej, steranej szkapie. Wspólnie z synem wybrali jednego z nich. Konia trzeba było jednak okiełznać. Syn podszedł do niego, błyskawicznie wskoczył na jego grzbiet, złapał się mocno za końską szyję i położył na grzbiecie. Koń wspiął się na tylne nogi, zarżał i zaczął dziko podskakiwać. Nie starczyło młodzieńczego zapału i sprytu. Po kilku podskokach młodzieniec spadł z konia i złamał sobie nogę. I znowuż sąsiedzi mówili: - Jakże ty teraz dasz sobie sam radę? Kto ci pomoże? Ależ nieszczęście cię spotkało! Mędrzec tylko uśmiechał się pod nosem: - A skąd wiecie, że to nieszczęście? No skąd?
O jakże niebadane są wyroki losu! Na zachodniej granicy Cesarstwa pojawił się nagle wróg. Wybuchła okrutna wojna. Każdy z książąt był zobowiązany do wystawienia własnego oddziału do obrony granic. Również i władca wioski, w której żył Mędrzec ze swoim synem. Do wsi przyjechał oficer i zabierał wszystkich młodych chłopców, którzy mogli już walczyć. Ale jak pewnie domyślasz się Drogi Czytelniku - syna Mędrca nie zabrał, bo miał złamaną nogę. I znowuż sąsiedzi mówili...
Tak, tak. Bardzo często to, co w życiu nas spotyka nie jest ani dobre, ani złe. To tylko kwestia naszego nastawienia. Dopiero upływ czasu pozwala nam ocenić, co coś, co nas spotkało, to było dobre, czy złe. Przyjmujmy więc ze spokojem to, co przynosi nam los. Ze spokojem i z wiarą, że to co wydaje się nam złe, nie będzie złym za jakiś czas, gdy spojrzymy na rzecz z innej perspektywy.

14:04, majjacek
Link Dodaj komentarz »
Bajka o jaskółce

Jakie to ptaszki odlatują na zimę do ciepłych krajów? Jaskółki? Niech więc będzie to bajka o jaskółce. Była piękna, słoneczna i ciepła jesień. Prawdziwa Złota Polska Jesień. Jaskółki zbierały się już na drutach telegraficznych i na drzewach na sejmiki, przygotowywały się do odlotu do ciepłych krajów. Ale jedna z nich nie chciała wraz z wszystkimi zbierać się do odlotu.
- Popatrzcie – wołała – jaka piękna pogoda, jakie słońce! Przecież owadów też jest jeszcze w bród! Nie chce mi się lecieć, same lećcie. Ja później do was dołączę.
Inne jaskółki kręciły główkami i mówiły:
- To już zima za pasem! Chodź z nami, bo nawet nie wiesz kiedy zrobi się zimno i nie dasz sobie rady!
- Nieprawda – odpowiadał krnąbrny ptaszek – lećcie same, ja tu jeszcze zostanę.
Namowy, prośby i przestrogi nie pomogły. Cóż było robić? Popiskując z oburzenia inne jaskółki odleciały. Krnąbrny ptaszek został sam. Miał teraz cały świat dla siebie! Pogoda faktycznie była prześliczna, pożywienia w bród. Istny raj. Samotna jaskółka zapomniała, że nie przeżyje samotnie zimy, która zbliżała się ogromnymi krokami. Codziennie przekładała decyzję o odlocie na następny dzień, na jeszcze następny, i jeszcze następny. A dni stawały się coraz krótsze, noce coraz zimniejsze. Coraz częściej zacinał zimny deszcz. Owady gdzieś się pochowały i coraz trudniej było znaleźć pożywienie. Wreszcie warunki zmusiły ptaszka do odlotu. Wzbił się wysoko w niebo i leci. A tu coraz zimniej i zimniej, i zimniej. Wiatr coraz mocniejszy, deszcz zacina, nie sposób lecieć tak zbyt długo. A w brzuszku pusto, burczy. Głód i zimno pozbawiają ptaszka sił. Usiadł gdzieś na polnej drodze, pomiędzy koleinami wyżłobionymi przez wozy i myśli:
- Przyjdzie mi już tu umrzeć! Och dlaczego nie posłuchałem moich sióstr i braci?! Och dlaczego?! Już na pewno tu umrę z zimna.
Widzisz ptaszku. Czasami warto jednak posłuchać starszych jaskółek, bardziej doświadczonych. Może one dobrze wiedzą, co może cię spotkać i jakie są konsekwencje?
Niezbadane są jednak wyroki losu. Czasami przypadek zrządza o być albo nie być, pomaga przetrwać w dziwny sposób nawet najtrudniejsze chwile. Tak było i tym razem. Drogą przechodził koń i jak to koń zwykle nie przejmujący się gdzie i na kogo robi, tym razem narobił na naszą jaskółeczkę. Ta w pierwszej chwili omal się nie udusiła, ale nagle czuje ciepło... Coraz cieplej… Coraz lepiej. Już nowe siły wstępują w wątłe ciałko, już zaczyna myśleć, że jednak przeżyje tę noc. Czyżby nie całe gówno, które na nas leci było złe?
Jaskółeczka odżyła, jednak jak tu się ruszyć, gdy ciężar przygniata? Zaczęła rozpaczliwie szamotać się pod warstwą „kompostu”. Nie sposób jednak było uwolnić się od ciężaru i ptaszek znowuż zaczął obawiać się śmierci:
- Cóż za ironia losu! Zginę to uduszony łajnem, podczas gdy już myślałem, że zaczyna mi przybywać sił i że los się do mnie uśmiechnął!
Jednak traf chciał, że drogą przechodził kot. Szamotanina nie uszła jego uwadze, bo przecież był czujny tak, jak potrafią tylko koty.
- Któż to może szamotać się pod tą stertą łajna? – zastanowił się.
Delikatnie, jak to potrafią tylko koty, łapką odgarnął łajno na bok i dostrzegł jaskółkę.
- Ach to ty się tak szamoczesz! – powiedział – poczekaj, poczekaj momencik. Pomogę ci i wyciągnę z tego gówna.
- Och będę ci dozgonnie wdzięczna – odparła jaskółka – nawet nie wiesz, że życie mi ratujesz!
Kot pomalutku, delikatnie wyciągnął ptaszka spod sterty łajna na świeże powietrze. Łapką oczyścił mu piórka, uśmiechnął się pod wąsem, zamiauczał z zadowolenia i pożarł ptaszka. Tak, tak drogi ptaszku. Odebrałeś kolejną wartościową lekcję. Ach jaka szkoda, że już z niej nie skorzystasz! Niestety drogi ptaszku, nie każdy, kto wyciąga cię z gówna to twój przyjaciel…

14:02, majjacek
Link Dodaj komentarz »
Inspirowane przez Woody Allena

Gdzieś w Transylwanii potwór Drakula spoczywa w trumnie wyściełanej atłasem, czekając na nadejście nocy. Trumna jest szczelnie zamknięta, nawet najmniejszy promyk światła nie przedostanie się do wnętrza, ponieważ słońce niechybnie doprowadziłoby potwora do zguby. Ale gdy nastaje ciemność, jakiś pradawny, ciemny instynkt mówi potworowi, że już czas opuścić kryjówkę i wyruszyć na łowy. Wówczas to pod postacią nietoperza Drakula przemierza okolicę i biada tym, których dopadnie. Nikt nie może czuć się bezpiecznie. Nim pierwszy brzask jego arcynieprzyjaciela słońca zapowie nowy dzień, nasyciwszy swe krwiożercze żądze, monstrum wraca do swej kryjówki, do trumny, na której złotymi literami wypisano imię starożytnego rodu Drakuli i cały cykl się powtarza. I tak mogłoby być nawet i 1000 lat, ale…Teraz potwór właśnie się poruszył. To niewielkie drgnięcie to reakcja na sygnał pierwotnego instynktu, który właśnie powiedział mu, że zapadła ciemność i że jego czas się zbliża. Dziś, może skutkiem zbliżającej się zimy, był wyjątkowo głodny. Leżąc już rozbudzony zastanawia się, kim będą jego dzisiejsze ofiary. Tak! Piekarz i jego żona – myśli. Soczyści, dobrze odżywieni, niczego nie podejrzewający, naiwni jak małe dzieci. O tak! Pracował nad nimi od wielu dni zdobywając zaufanie pary. Pragnienie pobudza żądzę krwi tak, że monstrum nie wytrzymuje napięcia i odsuwa wieko trumny, pędzi szukać żeru. W pędzie zamienia się w nietoperza i leci do domku swych kuszących ofiar. Przyjmuje ludzką postać i energicznie puka do drzwi.
- Ależ to hrabia Drakula! Cóż za niespodzianka – woła żona piekarza, otwierając mu drzwi.

Hrabia wchodzi do ich domu, pod maską uśmiechniętej obłudnie twarzy skrywając swoje zamiary.

- Witam hrabio! Cóż pana sprowadza o tak wczesnej porze? – pyta piekarz.

- Jak to? Byliśmy przecież umówieni na kolację – przypomina hrabia. – Mam nadzieję, że się nie pomyliłem. Zaprosiliście mnie na dzisiejszy wieczór, nieprawdaż?
- Owszem panie hrabio, na dzisiejszy wieczór. Ale to przecież za siedem godzin. No chyba, że przyszedł pan z nami obejrzeć zaćmienie słońca.

- Słucham? – nie rozumie Drakula i zdziwiony rozgląda się wokoło. Zaćmienie?
- Tak. Dzisiejsze, pełne zaćmienie słońca.
- Co?
- Ach to tylko kilka chwil przyjemności, od południa przez niecałe dwie minuty. Proszę wyjrzeć przez okno.
- Oj, oj… Chyba mam kłopoty… Zechcą mi państwo wybaczyć…
- Ależ panie hrabio! Co się stało?
- Muszę lecieć… nie, no oczywiście iść… cholera! – hrabia gorączkowo  w ciemnościach szukał drzwi. – Są! Sacreble! Gdzie jest ta klamka?
- Zbladł pan, panie hrabio.
- Doprawdy? E nie… to nic takiego. Przyda mi się trochę świeżego powietrza. Bardzo miło było was widzieć.
- Ależ panie hrabio, proszę, niech pan usiądzie. Napijemy się czegoś i zaraz poczuje się pan lepiej.
- Napijemy? Nie, muszę uciekać. Ehm… Stanął pan na mojej pelerynie.
- A rzeczywiście. Bardzo przepraszam, to przez te ciemności. Proszę się uspokoić. Może wina?
- Wina? Nie, nie. Przestałem pić. I nie to zdrowie, i lata nie te. Sam pan rozumie. A teraz przepraszam, na mnie już naprawdę pora. Właśnie sobie przypomniałem, że zostawiłem włączone światło w całym zamku. Rachunek będzie potworny!
- Panie hrabio, bardzo proszę – nalega piekarz. – Jest pan bardzo uprzejmy, ale naprawdę nam pan nie przeszkadza. Przyszedł pan wcześniej i bardzo dobrze!
- Naprawdę, chętnie bym został, ale na drugim końcu miasta odbywa się spotkanie starych, rumuńskich rodów, za które jestem odpowiedzialny.
- Ach wiecznie ten pośpiech – wtrąciła żona piekarza. – To istny cud, że nie dostał pan jeszcze ataku serca, panie hrabio.
- Tak, to prawda. Rzeczywiście. Ach ten pośpiech – uśmiechnął się blado Drakula. – Ale teraz, naprawdę przepraszam.
- Szykuję dziś pilaw z kurczaka – mówi dalej żona piekarza. – Mam nadzieję, że będzie panu smakował.
- Cudownie, cudownie! – uśmiecha się hrabia – ale teraz państwo wybaczą, naprawdę muszę iść.
Delikatnie odpycha kobietę a później, w całkowitej ciemności, omyłkowo otwiera drzwi od szafy i wchodzi do środka.
- Sacreble! Gdzie tu są drzwi wyjściowe?
- Ach – chichocze żona piekarza. – Cóż za dowcipny człowiek z pana hrabiego!
- Wiedziałem, że spodoba się wam ten żarcik – Drakula zmusza się do uśmiechu. – A teraz proszę, zejdźcie mi z drogi.
Hrabia otwiera wreszcie drzwi frontowe, ale jego czas dobiegł już końca. Piekarz zza jego pleców woła:
- Popatrz żabko, zaćmienie dobiega już końca! Słońce znowuż wychodzi.
- Rzeczywiście – cedzi przez ściśnięte zęby Drakula i zatrzaskuje drzwi. – Postanowiłem jednak zostać. Zasuńcie żaluzje w oknach, tylko szybko! Ruszcie się!
- Jakie żaluzje w oknach? – dziwi się piekarza.
- Nie macie, co? A jest piwnica w tej chacie?
- Nie – odpowiada żona piekarza. – Ciągle powtarzam Henrykowi, żeby ją zbudował. Bardzo by się przydała, ale on nie chce mnie słuchać. „Po co ci piwnica i po co ci piwnica. Babskie fanaberie” – mówi. Taki to już jest mój mąż.
- No słów mi brakuje! A gdzie jest szafa?
- Już nam to pan pokazywał, panie hrabio – śmiejąc się odpowiada żona piekarza. – Uśmialiśmy się do łez.
- Doprawdy. Żartowniś pana hrabiego nie lada.
- Słuchajcie, będę więc w szafie. Zapukajcie o siódmej trzydzieści. Albo nie, sam wyjdę. Będę wiedział.
Z tymi słowami hrabia wchodzi do szafy i zamyka drzwi.
- Hi, hi, hi… Bardzo zabawny jest pan hrabia, Henryku.
- Ależ panie hrabio! Niech pan nie będzie dzieckiem. Proszę wyjść z szafy.
- Nie, nie mogę… Wierzcie mi na słowo. Nie zmuszajcie mnie. Bardzo mi tu dobrze, naprawdę.
- Panie hrabio, niech pan przestanie żartować. Mnie i tak już tchu brakuje ze śmiechu.
- Muszę wam powiedzieć, że jestem zachwycony tą szafą. Co za wnętrze, co za styl!
- Tak, ale…
- Wiem, że może się to wam wydać dziwne, ale jednak jestem tu i świetnie się bawię. Nie dalej jak wczoraj mówiłem Hess: dajcie mi solidną szafę, a mogę w niej siedzieć godzinami. Słodka niewiasta z tej uroczej pani Hess. Trochę tłusta, ale słodka… A teraz proszę, nie przeszkadzajcie sobie. Mnie jest tutaj naprawdę dobrze. Zajrzyjcie do mnie po zachodzi słońca.
I w tej to właśnie chwili zjawił się burmistrz ze swoją żoną Katią. Przechodzili akurat obok i postanowili przy okazji złożyć wizytę swoim przyjaciołom.
- Witajcie! Mam nadzieję, że w niczym wam nie przeszkadzamy? – zagaił burmistrz.
- Ależ nie, panie burmistrzu. Proszę, wejdźcie. Panie hrabio! Mamy towarzyyystwo!
- To hrabia też jest tutaj? – dziwi się burmistrz. – Nikt, nigdy nie widuje go o tak wczesnej porze.
- Tak, ale zdziwi się pan w jakim miejscu – chichocze żona piekarza.
- Panie hrabio! Proszę wychodzić! No już! – piekarz powoli traci cierpliwość. - Jest w szafie – wyjaśnia przepraszająco piekarz mrużąc jedno oko.
- Naprawdę? – nie dowierza burmistrz.
- Wystarczy tego, panie hrabio – mówi piekarz udając wesołość i stuka do drzwi szafy. – Co za dużo, to niezdrowo. Przyszedł pan burmistrz.
- Wyjdź Drakula! – krzyczy burmistrz. – Napijemy się wina.
- Nie, nie. Pijcie sami. Mam tu ważne sprawy.
- Gdzie, w szafie???
- Tak, tak. Nie chcę wam zepsuć dnia. Słyszę co mówicie. Dołączę, jeśli będę chciał coś dodać.
Cóż było robić? Wszyscy rozejrzeli się po sobie i wzruszyli ramionami. Żona piekarza rozlała wino, usiedli i piją. I tak płynie im czas.
- Pięęękne zaćmienie dziś mieliśmy – powiedział burmistrz delektując się winem z kielicha.
- O tak – zgadza się piekarz. – Niezwykłe.
- Magnific! – dodaje głos z szafy.
- Co pan mówił, panie hrabio?
- Nic, nic. To nieważne.
- No nie! – nie wytrzymuje burmistrz. Zrywa się z krzesła i otwiera drzwi szafy. – Dosyć tego Drakula! Wychodź! Zawsze miałem cię za poważnego człowieka.
Światło słoneczne wpada do wnętrza szafy. Straszliwe monstrum wrzeszczy i na ich oczach wolno rozsypuje się. Najpierw rozpada się ciało, potem szkielet zamienia się w biały pył i opada układając się w stosik na dnie szafy. Żona piekarza pochyla się nad kupką białego popiołu na dnie szafy.
- To znaczy, że z dzisiejszej kolacji nici? –pyta.

13:52, majjacek
Link Dodaj komentarz »